zapytam coacha płodności

Zapytam Coacha Płodności – jak wytłumaczyć znajomym, żeby przestali wciąż rozmawiać o swoim dziecku?

Pani Moniko,

Z uwagą śledzę Pani stronę od dłuższego czasu. Moja walka z niepłodnością trwa już ponad 1,5 roku.

Pisała Pani m.in. o potencjalnych odpowiedziach na pytania o dziecko – co jest bardzo cenne, niemniej jednak zmagam się w swojej chorobie z innym problemem emocjonalnym, który mam wrażenie nie został na żadnym blogu czy stronie poświęconej niepłodności poruszony.

Wraz z mężem otwarcie przyznajemy się do tego że mamy problemy z poczęciem i się leczymy.

To sprawiło, że pytania o których mowa powyżej już nas nie dotyczą.

Niestety przyjaciele mojego Małżonka i jednocześnie sąsiedzi prezentują zachowania, z którymi nie jestem sobie w stanie poradzić. Mają około rocznego syna – „udało” im się go spłodzić w 1 cyklu starań – dokładnie tak jak zaplanowali. W związku z tym, że jesteśmy w bliskich relacjach często pomagałam młodej mamie – zawożę na badania, kiedy jej mąż jest w pracy, przychodzę z pomocą kiedy dziecko zachoruje etc.

Oni natomiast są, co oczywiste, zakochani w swoim dziecku i rozmawiają niemal wyłącznie o nim i swoich rodzicielskich przeżyciach. Co chwilę „podstawiają” dziecko pod nasz wspólny płot i wołają „ciociu, wujku” abyśmy wyszli przed dom i zachwycali się ich dzieckiem. Wzbudza to we mnie złość i negatywne uczucia.

Wielokrotnie otwarcie komunikowałam, że proszę aby tego nie robili, ograniczyli tematykę związaną z rodzicielstwem i dziećmi, ponieważ sprawia mi to ogromną przykrość.

Mężczyzna faktycznie się zreflektował natomiast jego małżonka nie. Nie mogąc znieść kolejnego wykładu o trudach rodzicielstwa powiedziałam jej, że powinna się cieszyć że ma zdrowie dziecko zamiast wymyślać problemy, i że nie mam ochoty więcej tego wysłuchiwać. Od tego czasu unikam sąsiadów, na smsy odpowiadam, że jestem zajęta, że potrzebuję odpocząć od towarzystwa – ale męczy mnie to. Widzę też, że mojemu Małżonkowi jest przykro, że odcięłam się od jego przyjaciół choć deklaruje że mnie wspiera i cokolwiek wybiorę będzie za mną.

Jak mogę „przemówić” do matki dziecka? Jak poza komunikatami wprost jeszcze wpłynąć? Zaczynam myśleć że robi to celowo, albo ma po prostu moje odczucia w nosie…

Być może komuś poza mną przyda się jeszcze taka wskazówka… Nie mogę przecież od tak się wyprowadzić z mojego wymarzonego domu… Nie mam też ochoty wciąż być narażona na „szczucie mnie” szczęściem rodzinnym. Za każdym razem kiedy to robią odczuwam złość i gniew. Nie umiem sobie z tym radzić.

Będę wdzięczna za odpowiedz lub poradę.

Pozdrawiam serdecznie

Moja odpowiedź:

Bardzo dziękuję za poruszenie tak ważnego tematu!

Osoby leczące niepłodność dzielą się na dwie grupy: tych, którzy nie chcą mówić o swojej chorobie lub nie umieją. Czują się niezręcznie, mają żal do rozmówców o brak zrozumienia i delikatności. Wtedy główną pomocą dla takich osób jest nauczyć ich, że mają wpływ na siebie i swoje reakcje. A także po prostu „technicznie” przetrenować kilka szablonów odpowiedzi ułatwiających rozmowę. Napisałam taki poradnik tutaj.

Druga grupa to osoby jawnie przyznające się do starań.

Wydawać by się mogło, że kiedy nie ma tabu, zaklętego milczenia wokół niepłodności, to sytuacja jest idealna! Bo nic się nie ukrywa, bo inni nie zadają bolesnych pytań o powiększenie rodziny – bo przecież znają sytuację pary.

Umiejętność przełamania siebie i mówienia o niepłodności ułatwia relacje z ludźmi.

Właściwie to powinna ułatwiać. Ale często tak nie jest!

Bo rozwiązanie jednego problemu pociąga za sobą kolejne do rozwikłania.

Otóż ludzie, którzy słyszą od osób niepłodnych prawdę – nie wiedzą lub nie umieją a nawet nie chcą się do tego ustosunkować!

I tu dopiero dotykamy sedna problemu.

Pierwszy pomysł, który przychodzi do głowy – porozmawiać otwarcie z koleżanką (tak jak w Pani przypadku) lub inną osobą, która mimo że wie o kłopotach, to zachowuje się w raniący sposób.

Szukamy usprawiedliwień dla takiej osoby: bo może nie wie jak ma się zachować, może myśli, że to co robi jest dobre, może nie umie z emaptią wejść w sytuację.

Wtedy szczera rozmowa i powiedzenie o swoich uczuciach jest podstawą. Właśnie powiedzenie i zaproponowanie rozwiązań: nie zachwycaj się tak swoim dzieckiem przy mnie, nie mów mi, że macierzyństwo to zmęczenie i dobrze, że ja jeszcze tego nie mam, nie wołaj co chwila i nie zmuszaj do zachwytów nad swoim dzieckiem, nie tłumacz, że teraz to mi dobrze, bo jesteśmy z mężem swobodni i możemy zaplanować spontaniczne wyjazdy zamiast biegać z dzieckiem po lekarzach.

Tak – zdecydowanie od szczerej rozmowy należy rozpocząć zmianę sytuacji.

Uff…

Tylko co dalej, jeśli to nie zadziała?

Oczywiście zawsze można zacząć ograniczać kontakty. Czasami to właśnie jest coś, co jednak uświadamia koleżance, że przegina a jej zachowania nie są fajne…

I OK, ale co jak w Pani przypadku, jeśli taka osoba mieszka za płotem?

Albo kiedy ktoś mieszka w domu jednorodzinnym w którym mieszkają dwie rodziny (na przykład rodzeństwo ze swoimi rodzinami i jedna z tych rodzin ma dziecko, a druga bezskutecznie się stara?)

Przecież to nie takie proste spakować się i uciekać. No i z jakiej racji, to Pani ma się wyprowadzać, z jak sama wspomniała, wymarzonego domku?

No to szukamy rozwiązań dalej.

Uważam, że nadal trzeba rozmawiać.

Tylko teraz stosując specjalnie skonstruowane schematy zdań – takie, które wpływają na daną osobę bez jej świadomości.

Są słowa, zwroty, określenia, które mają na nas wpływ większy niż zdajemy sobie z tego sprawę. Słowa, które słyszymy i takie, które mimo że są wypowiadane, nie docierają do naszej świadomości (albo z opóźnieniem). Takim słowem jest na przykład słowo „nie”.

My go w pierwszej chwili „nie słyszymy” i jeśli mówi Pani koleżance „nie zachwycaj się tak swoim dzieckiem przy mnie, nie mów mi, że macierzyństwo to zmęczenie i dobrze, że ja jeszcze tego nie mam, nie wołaj co chwila i nie zmuszaj do zachwytów nad swoim dzieckiem, nie tłumacz, że teraz to mi dobrze, bo jesteśmy z mężem swobodni i może my zaplanować spontaniczne wyjazdy zamiast biegać z dzieckiem po lekarzach”

to ona słyszy: zachwycaj się, mów mi, wołaj mnie, zmuszaj do zachwytów, tłumacz…

Tak funkcjonuje nasz mózg. Trudno mu dostosować się do „nie”… Obserwujemy to głównie u małych dzieci, które na „nie” nie reagują, ale my dorośli również mamy problem z tym słówkiem…

Czyli pierwsza rzecz, którą może Pani zmienić w rozmowie z koleżanką, to tak budować zdania, żeby nie było w nich „nie”.

Ponieważ nasz mózg operuje obrazami warto powiedzieć, czego Pani chce. Wtedy koleżanka „zobaczy” w swojej wyobraźni gotowiec do zastosowania.

W tym celu warto opowiedzieć koleżance historię o tym, że zna Pani kobietę, której przyjaźń popsuła się, ponieważ ta druga nie szanowała uczuć pierwszej. Tu słowo „nie” które nie zostanie usłyszane spełni dobrą rolę, bo koleżanka usłyszy – „szanowała” (co mam nadzieję, wpływnie na jej stosunek do Pani potrzeb).

Taki trik w rozmowie ma też tę zaletę, że łatwiej nam się słucha o kimś, nie czujemy się wtedy zagrożeni i nie nastawiamy się obronnie. A tak może reagować (podświadomie) koleżanka, kiedy zwraca się do niej Pani wprost. A kiedy mówi jej Pani o kimś – chętniej słucha, a jest spora szansa, że wnioski wyciągnie dobre dla Waszej relacji.

Można powiedzieć również koleżance o swoich zastrzeżeniach dodając „i kiedy uświadomisz to sobie, będzie nam łatwiej razem spędzać czas”. To również jest podpowiedź dla jej wyobraźni i wskazówka, co ona może zrobić, żebyście razem miło spędzały czas.

Unikanie i trzymanie pewnego dystansu w relacjach również jest w porządku. A czasem jest wręcz koniecznie.

Myślę, że najważniejsze jest to, żeby Pani dobrze się czuła w miejscu zamieszkania.

Proszę zacząć stosować te techniki.

Pozdrawiam serdecznie,

Monika Szadkowska